X
Następny artykuł dla ciebie

Piłkarski wyścig zbrojeń, czyli dlaczego tak trudno zarobić na futbolu

Krzysztof Sachs

W polskiej Ekstraklasie występuje kilka klubów, których właścicielami są solidne, często giełdowe korporacje, a także biznesmeni, którzy odnieśli poważne sukcesy gospodarcze.

Wśród podmiotów, które zainwestowały pieniądze w polski futbol, znajdziemy: ITI (Legia Warszawa), Tele‑Fonikę (Wisła Kraków), Amikę (Lech Poznań), J.W. Construction (Polonia Warszawa), grupę Polsat (Śląsk Wrocław) czy KGHM (Zagłębie Lubin). Wydawałoby się, że zaangażowanie tak poważnych firm powinno zagwarantować klubom transfer nowoczesnych standardów zarządzania, a co za tym idzie - osiągnięcie dobrych wyników finansowych. Tymczasem ogromna większość polskich klubów piłkarskich prawie każdego roku przynosi straty. Dlaczego tak się dzieje?

Jeszcze kilka lat temu, przed rokiem 2008, budżety klubów Ekstraklasy (rozumiane jako suma przychodów) wynosiły od kilku do kilkunastu milionów złotych, a nieliczne kluby, których przychody sięgnęły 20 milionów złotych, były prawdziwymi krezusami. Najistotniejszym źródłem przychodów klubów piłkarskich były wówczas pieniądze uzyskiwane ze sprzedaży scentralizowanych praw do transmisji TV, za które Canal+ płacił wówczas lidze około 60 mln zł rocznie. W tamtych latach większość klubów generowała straty, jednak ich wysokość zwykle nie przekraczała kwoty od kilkuset tysięcy do kilku milionów złotych. Od tego czasu w polskiej piłce zmieniło się bardzo dużo. W sezonie 2008/2009 wszedł w życie nowy kontrakt z Canal+, na mocy którego do klubów wpływało łącznie około 120 mln zł. Pojawił się sponsor tytularny ligi (początkowo Orange, dziś T‑Mobile), sponsor techniczny, ponadto Ekstraklasa zaczęła obciążać bookmacherów za zakłady na mecze polskiej ligi.

Trafne określanie rentowności planowanych i bieżących przedsięwzięć biznesowych to klucz do sukcesu w każdej firmie. »

Jednak największą rewolucją w strukturze przychodów polskich klubów stały się nowe stadiony. Pierwszym z nich był dosyć nowoczesny stadion kieleckiej Korony, kolejne to stadiony Zagłębia Lubin, Cracovii i Arki Gdynia, równolegle zbudowano nowoczesne, co najmniej 30‑tysięczne stadiony w Poznaniu, Krakowie (Wisła), Wrocławiu, Gdańsku i Warszawie (Legia). Takie stadiony pozwalają nie tylko istotnie zwiększyć frekwencję, ale również dzięki nieporównywalnej jakości obsługi kibiców podnieść średnie ceny biletów. Ale przede wszystkim pozwalają klubom generować niespotykane dotychczas przychody - wynajem lóż VIP‑owskich, sprzedaż karnetów na sektory VIP liczące nawet kilka tysięcy miejsc, ze znakomitym zapleczem gastronomicznym, wynajem powierzchni komercyjnej, organizację bankietów i konferencji. Dzięki temu przychody operacyjne (bez transferów piłkarzy) najbogatszych polskich klubów mogą sięgać nawet 50 mln zł. Gdy dodamy do tego przychody ze sprzedaży piłkarzy, to wyniki dodatkowo rosną - w sezonie 2010/11 roku Lech Poznań zarobił ponad 70 mln zł, a w sezonie 2011/12 Legia zbliżyła się prawdopodobnie do 100 mln zł. W obu przypadkach na tak wysokie przychody miała wpływ gra w Lidze Europy oraz sprzedaż czołowych zawodników - Lech za Roberta Lewandowskiego, a Legia za Ariela Borysiuka, Macieja Rybusa i Marcina Komorowskiego zainkasowały ponad 20 mln zł. Zarówno Legii, jak i Lechowi w tych dwóch szczególnych sezonach udało się pokryć koszty operacyjne, być może nawet z pewną nadwyżką. Jednak generalnie w ostatnich latach praktycznie wszystkie kluby, pomimo wyraźnego skoku przychodów, nadal ponoszą straty lub z najwyższym trudem wychodzą „na zero”.

Pokonać konkurentów

Jak to możliwe, że tak istotny wzrost przychodów nie pozwolił klubom generować pokaźnych zysków? Odpowiedzią jest nieustanny „wyścig zbrojeń”, który trwa nie tylko w naszej lidze. W tym właśnie tkwi istota i unikalność sportowego biznesu. W każdej innej branży firma rywalizuje z konkurentami po to, by zwiększać przychody i zyski. Tymczasem w sporcie rywalizacja nie jest drogą do osiągnięcia celu, ale celem samym w sobie. Klub prowadzi się, żeby wygrać z konkurencją w lidze czy w walce o puchar. Środkiem do zapewnienia zwycięstwa jest najmocniejsza drużyna, a najmocniejsza drużyna to zwykle (na szczęście nie zawsze - takie jest piękno sportu) najdrożsi piłkarze.

W „normalnym biznesie” występuje presja na ograniczanie kosztów i nie można ich zwiększać, jeśli nie uzasadnia tego wzrost przychodów. W futbolu jest inaczej - jeśli Lech ma Semira Štilića, to Wisła musi sprowadzić Maora Meliksona. Na Artioma Rudnieva i Siergieja Kriwca trzeba odpowiedzieć Tsvetanem Genkovem i Davidem Bitonem lub Danijelem Ljuboją i Ismaelem Blanco. Nie ma innego wyjścia - jeśli zrezygnujemy, to zmniejsza się szansa na mistrzostwo Polski, a tylko ono daje możliwość awansu do piłkarskiego eldorado, czyli Ligi Mistrzów. By osiągnąć sukces, kluby muszą podnosić jakość drużyny. I to bardziej niż przeciwnicy! To właśnie jest ten piłkarski „wyścig zbrojeń”. Efekt - gdy w 2006 roku Legia Warszawa zdobywała mistrzostwo Polski, zarobki dwóch ściągniętych Brazylijczyków - Edsona i Rogera - przekroczyły po raz pierwszy w polskiej lidze 200 tys. euro rocznie. Dziś mamy już kilku piłkarzy, którzy zarabiają ponad lub blisko pół miliona euro. Koszty wynagrodzeń piłkarzy w największych polskich klubach sięgają lub przekraczają 30 milionów złotych rocznie. A to nie jedyne rosnące koszty - utrzymanie nowoczesnych stadionów, czynsz za wynajem oraz podatek od nieruchomości to koszt przekraczający rocznie 10 milionów zł. Łącznie z pozostałymi kosztami operacyjnymi okazuje się, że ciężko w dzisiejszych realiach prowadzić czołowy klub polskiej Ekstraklasy z kosztami bieżącymi poniżej 50 mln złotych rocznie. A „wyścig zbrojeń” to nie tylko astronomiczne wynagrodzenia piłkarzy. To również kwoty wydawane na zakupy piłkarzy wzmacniających skład. Jeśli nawet obecnie, między innymi dzięki tzw. prawu Webstera, wielu piłkarzy zmieniających kluby to tzw. wolni zawodnicy, za których nie trzeba płacić kwot transferowych poprzednim klubom, to jednak nawet w takim przypadku bardzo często trzeba zawodnikowi dysponującemu własną kartą zawodniczą zapłacić tzw. signing fee, które nierzadko sięgają kilkuset tysięcy euro.

Droga do finansowej stabilności

Jak na tym tle wyglądają czołowe polskie kluby? Mistrz Polski Śląsk Wrocław to bardzo ciekawy przypadek, właściwie jedynego w polskim futbolu, swoistego partnerstwa publiczno‑prywatnego. Obecnie większościowym udziałowcem klubu jest spółka z grupy Polsat, ale 49% udziałów wciąż posiada gmina Wrocław, która kilka lat temu, odkupując udziały drugoligowego wówczas Śląska, zaczęła realizację planu budowy wielkiego klubu, by zapełnić nowoczesny stadion budowany na EURO 2012. Paradoksalnie, w momencie największego triumfu sportowego ten projekt przeżywa najgłębszy kryzys finansowy. Nie udała się budowa modelu opartego na stałym zasilaniu klubu zyskami z galerii handlowej, którą klub miał zbudować obok stadionu. Większościowy wspólnik pochłonięty finansowaniem nabycia Polkomtela de facto wstrzymał finansowanie klubu. Ze względu na odmienny niż w innych miastach układ operatorski stadionu Śląsk nie może liczyć na znaczące przychody z komercjalizacji obiektu - większość przychodów zatrzyma miejska spółka, która zobowiązana jest do obsługi kredytu. Jednocześnie klub „rozpieszczany” dotychczas polityką właścicieli, polegającą na pokrywaniu wszystkich wydatków, nie zbudował własnych źródeł przychodów, takich jak pozyskiwanie niezależnych sponsorów czy merchandising. W efekcie nad bieżącymi finansami Śląska zawisło ogromne ryzyko - klub dopiero co, dzięki „ratunkowej” pożyczce z miasta, zapłacił piłkarzom premie za zeszłoroczne wicemistrzostwo, a tymczasem trzeba już wypłacać premię za tegoroczne mistrzostwo. Kilku piłkarzom kończą się kontrakty, wypadałoby wzmocnić drużynę przed walką o Ligę Mistrzów, a tymczasem budżet na kolejny sezon to ogromna zagadka. Wydaje się, niestety, że Śląsk nie jest dziś zupełnie przygotowany, żeby udźwignąć finansowe konsekwencje bycia jedną z głównych drużyn w Polsce. Jeśli deklaracje Polsatu o wstrzymaniu finansowania klubu się nie zmienią, to miasto nie może bez końca finansować drużyny ze środków publicznych. Pozostaje istotne cięcie wydatków, żeby zrównoważyć budżet lub znalezienie nowego właściciela, skłonnego finansować deficyt.

 Od strony sportowej trzech wielkich przegranych obecnego sezonu to Legia, Lech i Wisła. Dla tych drużyn zajęte w Ekstraklasie miejsca – odpowiednio – trzecie, czwarte i siódme to katastrofa. A jak wyglądają od strony finansowej? To właśnie te kluby chyba jako pierwsze podjęły działania ograniczające „wyścig zbrojeń”. Ich potężni właściciele nie są bowiem dłużej skłonni finansować strat. Lech już kilka miesięcy temu ogłosił, że sezon bez pucharów europejskich oznacza deficyt i konieczność cięcia kosztów. Również właściciel Legii ogłosił rok temu, że nie będzie już zwiększał zadłużenia klubu (a te sięga już rekordowych w naszej Ekstraklasie 200 mln zł). Dzięki znakomitej grze w Lidze Europy oraz sprzedaży trzech czołowych zawodników Legia w zakończonym sezonie po raz pierwszy od czasów przejęcia przez ITI nie przyniosła straty operacyjnej. I wszystko wskazuje na to, że taki stan będzie utrzymywany, nawet kosztem „odchudzenia” drużyny. Najbardziej radykalne deklaracje padają z ust zarządu Wisły Kraków. Brak awansu do europejskich pucharów, które podobnie jak w Legii pomogły sfinansować sezon 2011/12, to koniec obecnej drużyny opartej na drogich, zagranicznych najemnikach. Nowy prezes Wisły w pierwszych dniach urzędowania ogłosił, że drużyna w kolejnym sezonie będzie słabsza i być może będzie walczyć o mniej ambitne cele niż dotychczas. Czyżby więc w Wiśle stabilizacja finansowa miała być po raz pierwszy ważniejsza niż gra o mistrzostwo? Jeśli nawet tak, to jednak wiele wskazuje, że główni konkurenci mogą rozważyć podobny kierunek – bardzo wiele zależy od tego, czy Lech, Śląsk lub Legia wykorzystają szansę na grę w Lidze Europy (a w przypadku Śląska – Lidze Mistrzów). Jeśli tak, to być może będą w stanie utrzymać zbliżony do dzisiejszego poziom wynagrodzeń piłkarzy. Jeśli nie – to prawdopodobnie podążą, jak Wisła, w kierunku istotnej redukcji kosztów.

Upadek starego modelu

Na koniec warto wspomnieć o dwóch szczególnie interesujących biznesowo, choć smutnych, przypadkach polskich klubów. Polonia Warszawa – to chyba symbol ostatecznego upadku modelu zarządzania klubami piłkarskimi, który ukształtował się w latach 90. Model ten opierał się na bogatym biznesmenie bez opamiętania finansującym zakupy piłkarzy do ukochanej drużyny, aby tylko zapewnić wynik sportowy, bez inwestycji w infrastrukturę, budowy mocnej organizacji w klubie, rozbudowy marketingu i działu sprzedaży. Po kilku latach inwestowania pieniędzy Józefa Wojciechowskiego Polonia Warszawa nie zdobyła niczego na niwie sportowej.

Zupełnie inną strategię przyjął właściciel Lechii Gdańsk – Andrzej Kuchar. Wydawało się, że w oparciu o korzystną umowę na dzierżawę nowoczesnego stadionu uda się w Gdańsku zbudować klub o bardzo mocnych podstawach organizacyjnych i finansowych. Niestety, pierwszy rok komercjalizacji pięknej PGE Areny nie przyniósł sukcesu komercyjnego, a niedawna – zaskakująca – informacja o przejęciu przez miasto od Lechii zarządzania stadionem zdaje się oddalać wizję budowy piłkarskiej potęgi w Gdańsku.

W przyszłości polskich klubów rysują się dwa wyraźne trendy. Po pierwsze, kluby, które poradziły sobie z efektywnym zarządzaniem nowoczesnymi stadionami (a kolejne są w budowie), mogą dzięki ich komercjalizacji efektywnie zwiększać przychody. Wydaje się, że w polskiej Ekstraklasie będzie niedługo grupa kilku drużyn, które nawet bez zysków z europejskich pucharów i spektakularnych transferów będą generować przychody na poziomie ok. 40 mln zł (w przypadku Legii i Lecha kwota ta będzie prawdopodobnie wyraźnie wyższa). Po drugie, chyba bezpowrotnie mija czas nieograniczonych deficytów pokrywanych pożyczkami właścicieli. Kluby nie będą generować zysków (no, chyba że przytrafi się awans do Ligi Mistrzów), bo tego de facto nikt od nich nie oczekuje. Ale zdecydowanie ograniczą generowanie strat.

UEFA wdraża obecnie system Financial Fair Play – ma on zmusić europejskie kluby piłkarskie do równoważenia budżetów, a co za tym idzie – zaprzestania nieustannego windowania kwot transferowych i wynagrodzeń piłkarzy na niebotyczne poziomy. Limity dopuszczalnych strat przyjęte przez UEFA powodują, że na razie te regulacje nie dotyczą polskich klubów, ale można liczyć na to, że finansowa zadyszka właścicieli zmusi kluby Ekstraklasy do racjonalizowania swoich budżetów. Ale na szczęście dla sportu to nie zawsze budżety grają, co pokazała w tym roku wcale nie najbogatsza, ale za to najlepiej poukładana piłkarsko drużyna Ruchu Chorzów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Trzeba wiedzieć, kiedy skończyć »

Refleksje: Jerzy Dudek 

Joanna Socha PL, Jerzy Dudek PL

Sześćdziesięciokrotny reprezentant Polski mówi o podejmowaniu decyzji, rozwiązywaniu konfliktów i o tym, że trzeba wiedzieć, kiedy skończyć.

Dziękujemy, że jesteś z nami! Cieszymy się, że interesują cię treści dostarczane przez „Harvard Business Review Polska”. Każdego dnia dajemy ci sprawdzone rozwiązania problemów biznesowych. Nie chcesz przegapić żadnej praktycznej wskazówki? Zapisz się na nasz newsletter! Sprawdź hbrp.pl/newsletter.

Dziękujemy, że jesteś z nami! Cieszymy się, że jako zalogowany użytkownik sięgasz po praktyczne treści dostarczane przez „Harvard Business Review Polska”. Każdego dnia staramy się wyposażać cię w sprawdzone rozwiązania problemów biznesowych. Zostań prenumeratorem HBRP i ciesz się wiedzą bez ograniczeń. Sprawdź na hbrp.pl/prenumerata.

Dziękujemy, że jesteś z nami! Jako prenumerator „Harvard Business Review Polska” wiesz, że każdego dnia wyposażamy cię w sprawdzone rozwiązania problemów biznesowych. Nie chcesz przegapić żadnej praktycznej wskazówki? Zapisz się na nasz newsletter! Więcej na hbrp.pl/newsletter.

Powiązane artykuły


Bądź na bieżąco


Najpopularniejsze tematy