X
Następny artykuł dla Ciebie

Jest samoukiem, który od dziecka zadawał sobie pytania „dlaczego?”. Od 40 lat projektuje jachty, niemal rokrocznie z jego pracowni wychodzi co najmniej jeden model łodzi.

Z legendą żeglarstwa, Andrzejem Skrzatem, twórcą serii jachtów Sportina, Tango, Cobra i Delphia, rozmawia Paweł Kubisiak.

Stworzył pan ponad 100 projektów jachtów, sprzedał przeszło cztery tysiące licencji, a według pana projektów zbudowano około 30 tysięcy jednostek. Trudno znaleźć polskiego żeglarza, który nie pływałby na łódkach pańskiego pomysłu. Jak osiągnął pan taki sukces?

Uważam, że jest to efekt mojego podejścia do projektowania. Zleceniodawcy ze stoczni jachtowych zawsze mówią: „Stwórz taką łódkę, która będzie tania, dobra, którą szybko się sprzeda i przyniesie nam zysk”. A ja wówczas odpowiadam: „Z mojej pracowni wychodzą łodzie, w których można się zakochać, którymi ludzie chcą się chwalić i które pozwalają na realizację życiowych pasji czy nawet stają się obiektem rywalizacji”. Jeżeli żeglarze są w stanie pokochać swoje łodzie, jeżeli pływanie na nich dostarcza im przyjemności i satysfakcji, to jest najlepsza droga i do budowania renomy producenta i projektanta, a w konsekwencji przynosząca również zysk.

W czasach, gdy zainteresował się pan projektowaniem łodzi, żeglarstwo nie było tak popularne jak dziś. Jak się zaczęła pana przygoda z tworzeniem jachtów?

Wychowałem się w Puławach nad piękną i czystą niegdyś Wisłą. W czasach mojego dzieciństwa żeglarstwo nie było popularne, bardzo modne za to były spływy kajakowe. Wraz z innymi dzieciakami mnóstwo czasu spędzałem nad wodą, obserwując, jak inni pływają. Patrzyłem na to z ciekawością dziecka i zacząłem zadawać sobie pytania: „Dlaczego on tak pływa? Dlaczego akurat w tę stronę, z wiatrem, pod wiatr, pod prąd, dlaczego tak szybko, dlaczego się przewraca?”. Moim celem stało się poszukiwanie odpowiedzi na pytanie „dlaczego?”. I z czasem, jako młody chłopak, zacząłem sam tworzyć pierwsze modele z patyków i kory, aż w końcu zbudowałem pierwszą łódkę z masztem wykonanym z kija od szczotki. To był początek mojej fascynacji żeglarstwem. Zapragnąłem sam robić coraz lepsze i większe żeglujące obiekty.

Projektowanie to wielka odpowiedzialność

Czy pytania „dlaczego?” zadawał pan też innym?

Początkowo nie, gdyż do wszystkiego próbowałem dojść sam metodą eksperymentów i podpatrywania innych. Uważam zresztą, że punkt, w którym dziś jestem, to zasługa tego, że wiele wymagałem od samego siebie. Ponadto nikt nigdy mnie nie zniechęcił, odpowiadając: „odczep się”, „daj spokój”. Rodzice zbyt często popełniają błąd, strofując córkę czy syna, którzy zadają wiele pytań. Gdy dziecko nie otrzymuje odpowiedzi, zniechęca się i traci zapał do rozwijania wyobraźni i ciekawości. Tymczasem człowiek powinien zadawać sobie pytania przez całe życie, gdyż właśnie dzięki temu się rozwija! Z wiekiem pojawia się coraz więcej pytań i taka osoba nieustannie poszukuje odpowiedzi, dążąc do czegoś, tworząc i wyznaczając trendy. Do tego jednak potrzebna jest pasja i przekonanie, że nie ma żadnych ograniczeń.

Jednak sama pasja to za mało. Musi być podparta solidną wiedzą.

Oczywiście, trzeba nieustannie się uczyć. Zafascynowałem się łodziami jako 12‑latek i konsekwentnie cały czas chciałem się uczyć, dążyłem do zdobycia jak największej wiedzy w tej dziedzinie. W Polsce nie było szkoły projektowania jachtów, dlatego zacząłem od Technikum Inżynierii Wodnej, gdzie zdobyłem podstawową wiedzę o konstrukcji i wytrzymałości materiałów. Wiedzę tę poszerzyłem m.in. o hydrodynamikę, studiując na Wydziale Inżynierii Wodnej Politechniki Warszawskiej, gdzie uczyłem się m.in. na temat regulacji rzek. Nie miało to nic wspólnego z projektowaniem jachtów, ale poznałem zasady budowania konstrukcji wodnych. Chciałem być specjalistą, ekspertem, nauczyć się jak najwięcej, więc odpowiedzi szukałem w literaturze, specjalistycznych książkach i czasopismach. Wiedza, którą chłonąłem ze wszelkich dostępnych źródeł, procentowała później, gdy zająłem się profesjonalnym projektowaniem.

Projektując łódź, tworzę maszynę, która ma świetnie pływać. Jeśli jednak człowiek nad nią nie zapanuje, może zrobić sobie krzywdę. Muszę więc przewidywać ewentualne zachowania żeglarzy w ekstremalnych sytuacjach.

Dziś mamy Internet oraz szybie komputery, więc projektowanie i dostęp do informacji są zdecydowanie łatwiejsze.

To prawda, zmiany technologiczne i rynkowe bardzo wpływają na pracę projektantów. Projekty moich łodzi to były wielkie dechy kreślarskie. Na nich, z pomocą żony, kreśliłem linie kadłuba. Dziś dysponuję programami, dzięki którym kadłub mogę naszkicować w ciągu trzech godzin. Choć nie wymagają one już tak rozległej wiedzy i wykonują dużą część pracy i obliczeń za projektantów, niechętnie z nich korzystam. Taką już mam naturę, że wszystko na spokojnie sam muszę wyliczyć. To z jednej strony poszerza wyobraźnię, a z drugiej pozwala uniknąć błędów konstrukcyjnych w stylu „zrobiłem to źle, bo tak podpowiedział mi program”. Nieraz byłem świadkiem wypadków wynikających z błędów popełnionych podczas projektowania.

Wiele pana projektów przeszło z sukcesem najtrudniejsze testy, jak choćby Delphia 40.3 s/y „Polska Miedź”, na którym kapitan Tomasz Cichocki samotnie opłynął glob. Na niewątpliwy sukces kapitana złożyło się wiele czynników, przede wszystkim jakość i klasa jachtu, na którym odbywał rejs.

Kapitan Tomasz Cichocki opłynął samotnie świat bez zawijania do portów na łodzi mojego projektu, co sprawiło mi wiele radości i dało równie dużo satysfakcji. To było 312 dni żeglugi, prawie rok na morzu bez przerwy. Oczywiście, wraz z kolegami z Delphia Yachts pilnie śledziliśmy postępy kapitana. Później opowiadał nam, że przy przylądku Horn, gdzie na dnie leży kilka tysięcy jachtów, w pewnym momencie łódź znalazła się 14 metrów pod wodą, po czym wynurzyła się z nienaruszonym masztem i popłynęła dalej. To znakomity sprawdzian i dla mnie, i dla stoczni. Podczas tego rejsu przez kilka miesięcy nie było kontaktu z kapitanem. Wszyscy w Delphia Yachts się denerwowali, że słuch po nim zaginął, a ja mówiłem: „Jeśli na brzegu nie znaleźli ani jego, ani połamanych części jachtu, to znaczy, że jest dobrze”. Byłem spokojny, gdyż wierzyłem zarówno w jego umiejętności, jak i w swoją łódź.

Wynika z tego, że udany projekt to gwarancja nie tylko dobrej zabawy, ale i bezpieczeństwa. Ile czasu trwa projektowanie łodzi – od pomysłu do gotowego projektu?

Projekt jachtu to efekt trzech, czterech miesięcy ciężkiej pracy. Każda jednostka musi być przystosowana do warunków panujących na akwenach, na które jest tworzona: do żeglugi śródlądowej bądź – jak Delphia 40.3 – do żeglugi oceanicznej, a przy tym powinna mieć jak najlepsze właściwości nautyczne. Projektując łódź, tworzę wielką maszynę, która ma świetnie pływać. Jeśli jednak człowiek nad nią nie zapanuje, może zrobić sobie krzywdę. Tworząc, muszę więc przewidywać ewentualne zachowania żeglarzy w ekstremalnych sytuacjach.

Kiedy człowiek popłynie w świat i zastanie warunki żeglugowe tak trudne, że nie jest w stanie sobie poradzić, powinien się schować i czekać. Metr sześcienny wody waży tonę. Na otwartym oceanie takich sześcianów może wyrosnąć nad głową żeglarza kilkanaście, a on jest na maleńkim, dwunastometrowym jachciku. W takim układzie najsłabszym ogniwem jest człowiek. Sparaliżowany strachem może nie być w stanie nic zrobić. Wówczas łódź ma pracować za sternika. Moja filozofia projektowania jachtu brzmi: „Jak już sam nie wiesz, co zrobić, to powinna to za ciebie wiedzieć łódka. Uciekaj do środka, załóż kamizelkę ratunkową, kask na głowę i schowaj się w kajucie”. Celowo projektuję łódki w taki sposób, żeby powyżej 15 stopni przechyłu samodzielnie ostrzyły pod wiatr. Przy 15 stopniach łódź zachowuje pełną wydajność i zwrotność, przy 30 traci już sterowność, o czym zapewne nie wie wielu amatorów przechyłów, których obserwuję na naszych jeziorach.

Na szczęście większość jachtów i sterników nie musi zmagać się z tak ekstremalnymi warunkami. W latach osiemdziesiątych, gdy dzisiejsi 40‑latkowie robili pierwsze „sztagi” i „rufy”, na mazurskich jeziorach dominowały kanciaste i powolne Venuski oraz Oriony. I nagle pojawiła się ona – pękata i szybka Sportina 595. Piękna i dzielna wyróżniała się i osiągami, i wyglądem, przyciągając spojrzenia i wywołując westchnienia wśród żeglarzy. Jak stworzyć tak przełomowy projekt?

Rzeczywiście ten projekt miał wszystkie cechy, o których marzą marketingowcy. Pierwsza Sportina miała nie tylko nowoczesny kształt, była też pomalowana w zebrę. Ta łódź zmieniała wszelkie wyobrażenia o jachcie śródlądowym. Była nie tylko ładna i wygodna, ale też szybka i zwinna. To pierwsza polska nowoczesna stylizacja.

Ten projekt stanowił efekt moich doświadczeń, które pracowicie przez lata zbierałem, wiedzy oraz pasji. Wykorzystałem swoje doświadczenie regatowe, wymieniałem informacje z innymi żeglarzami. Dodatkowo zacząłem się inspirować tym, co dzieje się w przemyśle samochodowym, oraz dbać o detale. Te wszystkie elementy znalazły odzwierciedlenie w projekcie Sportiny i w kolejnych jachtach. Miałem wielką frajdę z tego, że udało mi się stworzyć łódź, w której zakochiwali się żeglarze. Sprawić człowiekowi radość to największa przyjemność, jakiej może doświadczyć projektant.

Po Sportinie łódki pływające na Mazurach zmieniły się nieodwracalnie. Ale pańskie projekty pływają nie tylko po polskich jeziorach. Można je spotkać w Europie, a być może i na całym świecie. Sam widziałem poza granicami wiele pana jachtów, choćby Delphie, popularne w wypożyczalniach jachtów na jeziorze Garda. Polska branża jachtowa, podobnie jak branża meblarska, jest jedną z tych nielicznych, w których polscy konstruktorzy wyznaczają trendy. Co przesądza o tym, że polski przemysł jachtowy święci triumfy na świecie?

Decydują o tym sami klienci. Polskie jachty mają powodzenie, gdyż w tej branży liczy się bardzo dobra marka. Nasze stocznie jachtowe cieszą się doskonałymi opiniami na całym świecie. Łódki wyprodukowane w Delphia Yachts są droższe od wielu modeli zagranicznych podobnej klasy. Słyszałem też, że w wielu portach modne jest pokazywanie się na Delphi. Myślę, że to efekt dwudziestoparoletniej pracy, zarówno mojej jako projektanta, jak i menedżerów kierujących stocznią oraz pracowników budujących łodzie i dbających o jakość każdego detalu.

Miałem wielką frajdę z tego, że udało mi się stworzyć Sportinę, łódź, w której zakochiwali się żeglarze. Sprawić człowiekowi radość to największa przyjemność, jakiej może doświadczyć projektant.

Czy jest jakiś pomysł, którego pan nie zrealizował?

Dalekosiężnie nie. Ale w tej chwili uczestniczę w walce rynkowej o jakość, stylizację. Naprawdę wolę, żeby mnie kopiowali, niż gdybym ja miał naśladować innych. Staram się kreować trendy, a nie naśladować innych.

Jestem też odpowiednio zmotywowany, co zawdzięczam innym polskim projektantom, którzy mnie gonią, naśladują, a niektórzy wyprzedzają. Bardzo się cieszę z tego powodu, bo co to za regaty, gdy nie ma przeciwnika. W innych projektach widzę wiele inspiracji moimi modelami. To jest normalne, tak jest w modzie i motoryzacji.

Przy jakiej łódce pracowało się panu najlepiej? Czy jest model, z którego jest pan najbardziej zadowolony albo ma pan do niego wyjątkowy sentyment?

Moja ulubiona łódka to Tango 730. Projektowałem ją z pełną swobodą, gdyż była przeznaczona dla mnie. Choć ten model ma już swoje lata i od tej pory powstało wiele lepszych i bardziej nowoczesnych łodzi, zawsze będę darzył go szczególnym uczuciem.

Z pewnością spotkał się pan nie tylko z wieloma wyrazami uznania, ale także z krytyką. Jak pan sobie radzi z opiniami innych?

Należy słuchać innych, bo wówczas można znaleźć odpowiedź na pytanie „dlaczego?”. Przyjmuję każdą krytykę, lecz nie z pokorą, a z wyrachowaniem. Nie mam problemu z wysłuchiwaniem najróżniejszych niepochlebnych opinii, nawet tych niesprawiedliwych. Odnoszę się jednak tylko do tych konstruktywnych.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Tajemnice sukcesu »

Refleksje: Andrzej Skrzat 

Każdy, kto żeglował po Mazurach, wie doskonale, że ciężko znaleźć keję, przy której akurat nie cumuje jacht pańskiego projektu. Jak osiągnął pan taki sukces?

Powiązane artykuły


Bądź na bieżąco


Najpopularniejsze tematy