X
Następny artykuł dla Ciebie
Wyświetl >>

Ten artykuł możesz także odsłuchać!

Przepracowała wiele lat w redakcji „Vogue’a” i była projektantką akcesoriów u Ralpha Laurena. W wieku 40 lat otworzyła w Nowym Jorku własny salon mody ślubnej.

Trzydzieści lat później marka, którą firmuje swoim nazwiskiem, jest znana na całym świecie, zwłaszcza w branży modowej, kosmetycznej, biżuterii oraz wystroju wnętrz.

Została pani niezależną projektantką mody, będąc już w średnim wieku. Co skłoniło panią do pójścia własną drogą?

Może lepiej by było zacząć w wieku 20 czy 30 lat, ale myślę, że nie byłam do tego gotowa. Nawet mając 40 lat, nie miałam pewności, czy podejmuję właściwą decyzję. Zawsze uważałam, że muszę się jeszcze uczyć, jeszcze trochę zarobić, a przecież miałam za sobą dwa niesamowite okresy w karierze – w wydawnictwie Condé Nast i w domu mody Ralph Lauren. Ale nadal nie czułam się bardzo kompetentna ani pewna siebie. Decyzję podjęłam za namową ojca. Gdy w wieku 39 lat zaręczyłam się, byłam nieco starsza niż większość panien młodych szukających idealnej sukni ślubnej. Ojciec dostrzegł w tym szansę. Był przedsiębiorcą i zauważył, że moda ślubna to biznes obarczony mniejszym ryzykiem: niski poziom zapasów, w owym czasie jeszcze niewielki wybór tkanin. Ze względu na to, że zawsze znajdą się ludzie skłonni zawrzeć związek małżeński, oznaczało to stały dopływ klientów. Nie miałam pojęcia o projektowaniu sukien. Nie czułam się gotowa. Jednak moja natura popychała mnie do pracy, poszukiwania pasji, robienia nowych rzeczy, więc postanowiłam zaryzykować.

Czego nauczyła się pani od Ralpha Laurena?

Ralph ma świadomość marki, którą stworzył. Nie zmienia co chwilę zdania pod wpływem tego, co dzieje się wokół. Zdarzało się, że na spotkaniu firmowym mówił: „Nie opowiadajcie mi, co robią wszyscy inni. Wcale mnie to nie interesuje”. Ralph zaoferował światu swoje spojrzenie na Amerykę i zawsze miał zespoły ludzi, którzy w niego wierzyli. A jak ktoś nie wierzył, to nikt go nie zatrzymywał. Pracując z człowiekiem o takiej wizji, można naprawdę wiele zyskać.

Co pani radzi młodym projektantom?

Wspaniale jest mieć wielkie marzenia. Ale warto zacząć od pracy u kogoś, kogo podziwiasz – albo u kogokolwiek – i móc zarabiać, jednocześnie ucząc się. Nie wychylaj się ani nie uprawiaj gierek, odnoś się do ludzi z szacunkiem, rób swoje, a przede wszystkim pokaż gotowość i chęć do pracy. W redakcji „Vogue’a” czy u Ralpha Laurena nie miałam ustalonych godzin pracy. Niedziela wieczór? Nie ma problemu. Ktoś chce zamienić słowo w sobotnie popołudnie, kiedy spędzam czas z rodziną i przyjaciółmi? Jestem dostępna, bo cieszę się, że komuś zależy na mojej opinii, a przy okazji mogę się uczyć od błyskotliwych, odnoszących sukcesy ludzi. Takim właśnie pracownikiem byłam. Przede wszystkim chciałam pokazać, że wszystko robię najlepiej, jak potrafię.

W swojej firmie jest pani dyrektorem kreatywnym i główną osobą podejmującą decyzje biznesowe. Jak pani godzi te dwie role?

Mam obsesję na punkcie ustalania priorytetów. Mówię: „To jest najważniejsze, więc wszyscy zejdźcie mi teraz z drogi; potem to, a potem tamto”. Pracuję z projektantami, którzy są odpowiedzialni tylko i wyłącznie za projektowanie – nie za zysk, umowy najmu, ubezpieczenia, wynagrodzenia. Będąc właścicielem firmy, nigdy nie przestajesz myśleć o tych wszystkich kwestiach, bo od ciebie zależy byt wielu innych ludzi. Przed podjęciem każdej decyzji zastanawiam się więc, czy bardziej chodzi o moje ambicje czy o realia biznesowe. Toczę w głowie wojnę sama ze sobą. Ale uważam, że równie trudno jest odpowiadać za stronę kreatywną, nie mając żadnego wpływu na to, jak zarządzana jest firma. To bardzo trudna branża. Konkurencja jest niezwykle zaciekła. I wszystko dzieje się bardzo szybko. Ojciec kiedyś powiedział mi: „Słuchaj, wiem, że chcesz tworzyć. Ale biznes to też tworzenie”. I miał rację. Sukces w biznesie wymaga kreatywnego myślenia. 

Powiązane artykuły


Bądź na bieżąco


Najpopularniejsze tematy