X
Następny artykuł dla ciebie

Ten artykuł możesz także odsłuchać!

Należy do najbardziej rozchwytywanych fotografów gwiazd na świecie. Jego zdjęcia trafiają na okładki prestiżowych tytułów modowych. Robił zdjęcia brytyjskiej rodzinie królewskiej, Julii Roberts i Angelinie Jolie. Alexi Lubomirski, polsko‑brytyjski fotograf, opowiada o tym, jak proaktywność i intuicja pomagają w karierze.

Wychował się pan w międzynarodowej rodzinie i dorastał w różnych częściach świata. Jak różnorodne otoczenie wpłynęło na pana jako fotografa?

Z pewnością uczyniło mnie otwartym na świat. Urodziłem się w Anglii, ale dorastałem w Botswanie. Gdy byłem dzieckiem, tak dużo podróżowaliśmy, że nigdy nie czułem, że zamieszkam gdzieś na zawsze. Dziś dzięki temu łatwiej jest mi zaakceptować zmiany, dostosować się do różnych środowisk. To ważne w pracy fotografa, który codziennie musi być jak kameleon. Każdego dnia robię zdjęcia komuś innemu. W pierwszych pięciu minutach współpracy muszę zrozumieć bohatera zdjęcia, jaki ma nastrój, czego się obawia – tylko tak mogę się dopasować do tej osoby. Dzięki otwartości łatwiej współpracuje mi się z różnymi osobowościami. Wzbudzam też zaufanie, dzięki czemu udaje mi się przeforsować swoje wizje.

Jako fotograf musi pan koordynować pracę różnych osób. Jakiego rodzaju styl przywódczy uznaje pan za najbardziej skuteczny?

Przede wszystkim deleguję jak najwięcej zadań. Ufam swoim współpracownikom i jak ognia unikam mikrozarządzania. Mówię im wprost, czego oczekuję i nie stoję nad nimi, nie pouczam, nie dręczę ciągłymi uwagami. W innym przypadku mogliby zwariować. Zdarza się, że przyjdzie do mnie szef do spraw oświetlenia i zwróci uwagę, że oświetlenie powinno być inne. Zamiast wchodzić z nim w dyskusję – ufam mu. Przecież to on najlepiej zna się na swojej pracy. Poza tym kieruję się intuicją. W pracy twórczej, ale nie tylko, jest ona jak mięsień, nad którym trzeba pracować. Kiedy zaczynałem karierę, ignorowałem ją ze względu na strach. Dziś już zbyt wiele nie analizuję i bardzo mi to pomaga.

Czytaj, inspiruj się, twórz. Daj sobie szansę na rozwój dzięki solidnej dawce harvardzkiej wiedzy. Prenumerując, masz pewność, że na bieżąco będziesz poznawać tajniki najlepszych ekspertów biznesowych. Kup teraz!

Co stanowiło dla pana największe wyzwanie, kiedy zaczynał pan karierę?

Kiedy studiowałem fotografię na University of Brighton, naszą uczelnię odwiedził fotograf z prawdziwego zdarzenia. Powiedział, że tylko 1 lub 2 osoby z naszej 40‑osobowej grupy zostaną w zawodzie. Trzymał w ręku listę wszystkich miejsc w Londynie, w których zatrudnia się fotografów. W trakcie przerwy podszedłem do jego biurka i skserowałem tę kartkę. Pomyślałem, że zrobię sobie krótką przerwę od studiów i wybiorę się do Londynu z moim małym portfolio i zapytam wszystkie osoby z listy, co sądzą o moich zdjęciach. Nie miałem pieniędzy, więc zatrudniłem się w pubie na plaży w Brighton i przez tydzień pracowałem na trzy zmiany – aby zarobić tyle, by przeżyć w Londynie przez następny tydzień. Na liście było 80 osób. Po odwiedzeniu 79 osób tylko dwie poświęciły mi przynajmniej minutę. Byłem tak zniechęcony, że jedyne, o czym marzyłem, to wrócić na uczelnię i położyć się do łóżka z czekoladą. Ale mimo wszystko pojechałem do ostatniej osoby. To była agentka, którą złapałem, gdy właśnie zamykała drzwi swojego biura. Spojrzała na mnie – spoconego, żałośnie wyglądającego chłopaka, rzuciła okiem na moje amatorskie portfolio i powiedziała, że mam dobre pomysły i szczęście, bo akurat Mario Testino szuka asystenta. Dwa tygodnie później zacząłem dla niego pracować. To był początek wspaniałej szkoły.

To bardzo inspirujące, że nie poddał się pan po 79 odmowach.

Czasami zastanawiam się, czy dziś, gdybym miał to zrobić jeszcze raz, spotkałbym ostatnią osobę z listy.

Ludzie czasami podejmują trzy nieudane próby i się poddają.

Myślę, że pomogła mi moja naiwność. Gdybym wiedział to, co wiem dziś, nie spotkałbym się ze wszystkimi. Ale wtedy niczego nie odbierałem personalnie. Myślałem: „Ta osoba mi odmówiła, bo jest zajęta, pójdę do kolejnej”.

Dziś należy pan do najbardziej rozpoznawalnych fotografów gwiazd na świecie. W jakim stopniu pana kariera opiera się na skrupulatnym planowaniu i zarządzaniu, a w jakim wynika z bycia we właściwym miejscu i czasie?

Wierzę w to, że sukces w 95% uzależniony jest od ciężkiej pracy i w 5% od szczęścia. Zawsze byłem ambitny i przekonany, że chcę zostać profesjonalnym fotografem. Swoim asystentom w Nowym Jorku powtarzam dziś, że w mieście jest 50‑60 tysięcy osób, które chciałyby zostać fotografami, więc kluczem do sukcesu jest właśnie ciężka praca i wyróżnienie się wśród konkurencji. Jeżeli faktycznie na czymś ci zależy, musisz poświęcić każdą wolną chwilę swojego życia na realizację tego marzenia. Na początku kariery nie miałem zbyt wielu zleceń, wpadało coś raz w miesiącu. Miałem za to mnóstwo wolnego czasu, więc chodziłem do księgarń, galerii sztuki. Oglądałem plakaty, stare filmy. Fotografowałem wszystko, co mi się podobało, tworzyłem pomysły na sesje. Nie wiedziałem, co z nimi zrobię, bo nikt przecież nie proponował mi 12‑stronicowego materiału w „Vogue’u”. Ale któregoś dnia dostałem telefon z pewnego wydawnictwa: „Rozchorował się fotograf. Jesteśmy spóźnieni dwa dni ze zdjęciami, czy masz jakieś pomysły?”. Zamiast odpowiedzieć, że oddzwonię za 24 godziny, bo muszę przygotować koncepcję, mogłem od razu zaproponować konkrety. Proaktywna postawa w pracy jest niezwykle ważna.

Przestałem również czekać, aż praca sama do mnie przyjdzie. Czasopisma modowe na przykład co miesiąc przygotowują koncepcję zdjęć, wybierają kluczowe osoby: modeli, fotografa, projektantów. Wpadłem na pomysł, że sam będę na początku każdego sezonu zgłaszał się do magazynów i przedstawiał im siedem pomysłów na sesje fotograficzne, łącznie z wizją tego, jak będzie wyglądać modelka. Konkretnymi pomysłami mogłem zleceniodawcom bardzo ułatwić pracę. Tak zaczęła się rozkręcać moja kariera. Kluczem do sukcesu jest zatem proaktywność i ciężka praca, no chyba że jesteś największym szczęściarzem na świecie i nic nie robiąc, dostajesz to, czego chcesz. Obejrzałem kiedyś film dokumentalny o sławnym sportowcu, który powiedział, że trenował także w Boże Narodzenie, ponieważ wiedział, że jego konkurent wówczas nie trenuje. Ten jeden dzień treningu więcej dawał mu odrobinę przewagi.

I takie ma pan podejście do swojej pracy?

Tak. Nie prowadzę intensywnego życia towarzyskiego, bo jedyne wolne chwile spędzam z żoną i dziećmi. A wieczorem, przed snem, medytuję i pracuję nad moimi kolejnymi projektami: książkami, wystawami, wystąpieniami. Mam dużo szczęścia, ponieważ moja praca jest jednocześnie moim hobby.

Dziś współpracuje pan z bardzo sławnymi ludźmi, zapewne są to osoby mające silne osobowości. W jaki sposób wsłuchuje się pan w ich potrzeby, buduje z nimi relacje?

Przede wszystkim zadaję pytania. Ale musiałem się tego nauczyć. W dzieciństwie byłem nieśmiały i miałem trudności z nawiązywaniem rozmów. Kiedy zatrudniono mnie u Testino, często wieczorem, po sesji towarzyszyłem mu podczas kolacji z wielkimi osobistościami z branży. Nagle zasiadałem przy jednym stole z takimi postaciami, jak Grace Coddington z amerykańskiego „Vogue’a” czy Anna Wintour. Byłem sparaliżowany. Nie miałem pojęcia, jak miałbym się do takich osób odezwać. Pewnego razu zadzwoniłem nawet do mojej mamy, aby się wyżalić: „To nie moje miejsce. Nie wiem, co ja tu robię. Nie wiem, o czym rozmawiać z tymi ludźmi” – mówiłem. A moja matka w półśnie powiedziała mi: „Kochanie, po prostu zadawaj im pytania. Oni uwielbiają o sobie opowiadać”. I od tej pory trzymam się tej zasady. Stałem się bardzo dobrym słuchaczem, co mi pomaga. Kiedy jesteśmy na wspólnej kolacji, nie jestem osobą, która mówi do wielu osób jednocześnie. Zwracam się do osoby, która siedzi najbliżej mnie i mogę z nią rozmawiać przez dwie godziny. Chcę się dowiedzieć, jak zaczynała swoją karierę, czym się interesuje, jakie ma motywacje. Kiedy ludzie widzą, że jestem nimi szczerze zainteresowany – czują się dobrze i chcą ze mną współpracować.

A jak radzi pan sobie ze stresem wynikającym z fotografowania bardzo ważnych i głośnych medialnie wydarzeń, jak np. zaręczyn, a później ślubu księcia Harry’ego i Meghan Markle. Presja jest przecież ogromna.

W świetle, w jakim pani to przedstawia, rzeczywiście brzmi to przerażająco [śmiech]. Ale nauczyłem się przez te wszystkie lata zdejmować z siebie oczekiwania i presję. W gruncie rzeczy przecież moja praca nie polega na ratowaniu czyjegoś życia. Po prostu robię piękne zdjęcia pięknym ludziom w pięknych miejscach. Nikt nie umrze, jeżeli coś po drodze nie wypali. Rzeczywiście, presja medialna może być dużym zakłóceniem dla koncentracji – zdecydowanie łatwiej było mi sobie z nim poradzić, gdy robiłem zdjęcia zaręczynowe książęcej pary. Gdy przygotowywałem się do sesji, nikt nie wiedział, że to właśnie ja będę ją robił. Przed ślubem presja była znacznie większa, bo w mediach było głośno o tym, że to właśnie ja będę robił oficjalne zdjęcia. Dostawałem na mediach społecznościowych wiadomości typu: „Ależ to presja, Alexi, to będą historyczne ujęcia”. Ale i wtedy pamiętałem, że ja po prostu robię ludziom zdjęcia i staram się, żeby dobrze wyglądali. I to za każdym razem wygląda tak samo: jest etap poszukiwań, planowania i przygotowywania się na wypadek wszelkich niepowodzeń. I prawda jest taka, że nawet jeżeli zaplanowaliśmy wszystko w najdrobniejszych szczegółach, coś najprawdopodobniej się zmieni. Na przykład pogoda, model się rozchoruje, ubrania nie będą pasować. Staram się reagować na to na bieżąco, zachowywać zimną krew i dostosowywać formułę. Jeśli pada, wchodzimy do środka, robimy sztuczne oświetlenie.

Czy sesja ślubna księcia Harry’ego i Meghan Markle przebiegła według planu?

Nie. Dzień przed główną ceremonią wpuszczono nas do zamku, żebyśmy mogli wszystko przygotować. Ustawiliśmy krzesła, światła i prosiliśmy współpracowników, by udawali królową, parę młodą i pozostałych członków rodziny. Przed sesją przejrzałem wszelkie dostępne zdjęcia z wydarzeń w rodzinie królewskiej z ostatnich osiemdziesięciu lat. Ustawienie rodziny na wszystkich dotychczasowych fotografiach było bardzo symetryczne: kolumny, świece itd. W przypadku naszej sesji również wszystko było poustawiane symetrycznie. Koordynatorzy z pałacu zapytali, czy możemy już zakończyć przygotowania i wrócić do zadania nazajutrz. Wtedy odezwał się mój wewnętrzny głos: „A może spróbujmy to zrobić inaczej, pod innym kątem?”. Kiedy podzieliłem się moim pomysłem ze współpracownikami, spojrzeli po sobie ze zdziwieniem. „To bez sensu, bo zdjęcia nie będą symetryczne” – mówili. Miałem do wyboru: albo kierować się bezpieczną, sprawdzoną formułą i zrobić zdjęcia tak, jak robili to moi poprzednicy, albo wprowadzić niewielką zmianę. Pomyślałem, że skoro mam jedyną w swoim rodzaju szansę, żeby zrobić te zdjęcia, muszę słuchać mojego głosu, ponieważ zawsze dobrze na tym wychodziłem. Ten moment, kiedy w końcu stajesz przed aparatem, jest niesamowity, bo wszystko zaczyna się wtedy toczyć własnym, niezaplanowanym rytmem: ktoś nagle robi specyficzną minę, nagle zawieje wiatr. I to jest piękne.

Oprócz podejmowania wielu aktywności związanych z fotografią jest pan ambasadorem światowej organizacji humanitarnej oraz założycielem inicjatywy Creators for Change, w której namawia pan przedstawicieli z branży kreatywnej do zaprzestania wykorzystywania futer, piór czy skór zwierząt egzotycznych w swojej pracy. Czy pana zaangażowanie w działalność filantropijną ma jakieś przełożenie na pana pracę zawodową?

Te dwie przestrzenie rozwijały się zawsze w tym samym czasie, obok siebie. Moja żona jest bardzo zaangażowaną aktywistką na rzecz ochrony przyrody i często rozmawiamy o branży modowej, która jest jedną z najbardziej zanieczyszczających środowisko na świecie. Jak więc mogę pracować w świecie mody, a jednocześnie pozostać wierny swoim wartościom etycznym? Myślę, że praca dla Creators for Change i zainteresowanie sprawami o globalnym znaczeniu sprawiły, że widzę obecnie moją pracę jako platformę. To właśnie poprzez nią przekazuję, że każda twórcza decyzja niesie za sobą określone konsekwencje. Z tego na przykład powodu nie robię zdjęć przepięknej modelki ubranej w futrzany płaszcz i palącej papierosa, bo kreuję wówczas wizję, że palenie papierosa w futrze jest fajne. Uważam, że branża kreatywna ma niebywałą moc inspirowania ludzi, zarówno w sposób pozytywny, jak i negatywny. Pamiętam, że wiele osób, z którymi rozmawiałem o Creators for Change, mówiło mi: „Wiesz, ja jestem tylko fotografem, stylistą, redaktorem. Nie mogę zmienić tej całej machiny”. A przecież jest wręcz przeciwnie. Zawsze można wypowiedzieć magiczne słowo „nie”. W 2008 roku zaproponowano mi, żebym zrobił bardzo dużą kampanię z futrami w roli głównej. Bohaterką sesji miała być znana supermodelka, która osobiście poprosiła mnie o jej wykonanie. I wtedy po raz pierwszy zadałem sobie pytanie, czy naprawdę chcę zarobić na czymś, co jest totalnie niespójne z moimi wartościami. Jeżeli zgodziłbym się na tę sesję, jak autentyczne byłyby moje przekonania? Odmówiłem. Dziś cieszę się, że podjąłem taką decyzję, gdyż pozostałem wierny sobie. Zrozumiałem, że zawsze można odmówić. Traci się przez to niektóre zlecenia, ale zamiast nich pojawiają się nowe. Od tej pory zawsze zastrzegam sobie w kontrakcie, że nie fotografuję futer, skór zwierząt egzotycznych czy piór.

Czyli dostrzega pan korzyści wynikające z tego, że jest pan wierny swoim ideałom?

Oczywiście! Ostatecznie kiedyś nasze życie dobiegnie końca i dobrze jest spojrzeć wstecz i wiedzieć, że uczyniło się coś dobrego dzięki talentom, które otrzymało się od losu. Kilka lat temu mój ojczym, z którym byłem bardzo blisko, trafił do szpitala z silnym bólem brzucha. Tam dowiedział się, że ma raka z przerzutami i że zostało mu około trzech tygodni życia. Mój ojczym zawsze był bardzo pozytywnym facetem, a ja nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Gdy poszedłem z nim porozmawiać, zapytać, jak się czuje, ten zachował spokój. Powiedział, że kiedy zna się datę swojej śmierci, przywiązuje się wagę tylko do rzeczy prawdziwie istotnych w życiu. W jego przypadku należały do nich spędzanie możliwie najwięcej czasu z nami i zaangażowanie w działalność charytatywną. Kiedy umarł, zdałem sobie sprawę, że na świat przychodzimy z niczym i odchodzimy z niczym. Nie możemy zabrać ze sobą ferrari, pieniędzy, domów. Sposób, w jaki żyjemy, i to, co pozostawiamy po sobie, ma więc znaczenie. Dlatego tak ważne dla mnie jest niesienie pomocy innym. Wiem, że to brzmi jak komunał, ale wszystko sprowadza się do miłości. Trzeba do wszystkiego podchodzić z miłością. Myślę, że leżąc na łożu śmierci, będę mógł spojrzeć wstecz i powiedzieć, że wykorzystałem swoją platformę do czegoś dobrego, że walczyłem o właściwe rzeczy, kiedy trzeba było o nie walczyć.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Co pomaga w byciu kreatywnym? »

Nadmierna harmonia zabija kreatywność 

Darko Lovric , Tomas Chamorro-Premuzic

Nie tylko w biznesie, ale również w polityce, sporcie i sztuce nie brakuje przykładów udanych partnerstw, których motorem była w równym stopniu zbieżność idei, co twórcze napięcie lub niezgoda.

Dziękujemy, że jesteś z nami! Cieszymy się, że interesują cię treści dostarczane przez „Harvard Business Review Polska”. Każdego dnia dajemy ci sprawdzone rozwiązania problemów biznesowych. Nie chcesz przegapić żadnej praktycznej wskazówki? Zapisz się na nasz newsletter! Sprawdź hbrp.pl/newsletter.

Dziękujemy, że jesteś z nami! Cieszymy się, że jako zalogowany użytkownik sięgasz po praktyczne treści dostarczane przez „Harvard Business Review Polska”. Każdego dnia staramy się wyposażać cię w sprawdzone rozwiązania problemów biznesowych. Zostań prenumeratorem HBRP i ciesz się wiedzą bez ograniczeń. Sprawdź na hbrp.pl/prenumerata.

Dziękujemy, że jesteś z nami! Jako prenumerator „Harvard Business Review Polska” wiesz, że każdego dnia wyposażamy cię w sprawdzone rozwiązania problemów biznesowych. Nie chcesz przegapić żadnej praktycznej wskazówki? Zapisz się na nasz newsletter! Więcej na hbrp.pl/newsletter.

Powiązane artykuły


Bądź na bieżąco


Najpopularniejsze tematy